
 
O lomo dowiedziałam się od kolegi... a potem powiedział mi cenę tego małego czegoś i pomyślałam: "szalony"... a potem zobaczyłam zdjęcia: kolory, przyciemniane rogi, niemożliwie jasny obiektyw, który w najciemniejszych kątach jasne robi zdjęcia... no i ten mały "made in russia" aparacik chodził za mną przez rok, aż w końcu na jednym z marketów londyńskich znalazł się pan ze straganem lomo sprzętu i już bylam zgubiona. Wydalam tyle samo ile moj kolega i przez jakis czas myślałam o sobie "szalona". A teraz lomotka jest częściej używana niż Nikon i nawet mój tata ją pokochał (chciał, żebym mu kupiła taką - nie kupiłam - przewróciłby się, gdyby dowiedział się o cenie).
|